piątek, 29 maja 2015

Dlaczego biegam


Biegnę i myśli układają się w mojej głowie w zdania. Zdania w opowieść, w historie. Już nie słyszę audiobooka, tylko jakiś głos dobiegający ze słuchawek, ale przestaje być ważny. Przegrywa z tym, co w mojej głowie. Co przez kilka dni było nienazwane, nieobecne. Co już niemal zapomniane zostało. Słowa tak trudno uchwytne w zabieganej codzienności, wychodzą z ukrycia, gdy biegnę. Gdy ciężko oddychając, rytmicznie podnoszę nogę za nogą, mój mózg wreszcie jest wolny. Nie zaprzątują go służbowe maile, ani kto kogo odbierze z placówek edukacji. Nie myśli o tym, co kupić, a co jest w lodówce, co zrobić na kolacje, żeby każdy był zadowolony. Nie czyta, nie liczy, nie rozmawia. Nic nie musi. I wtedy nagle ożywają słowa zapomniane, strzępki myśli, okruchy zdań przeczytanych, usłyszanych. Moje życie ubrane w słowa. Wtedy wiem, co ważne, co chcę powiedzieć. O czym muszę napisać. Jak napisać.
Ale zdania, po wielokroć powtarzane w rytm mojego oddechu, znane niemal na pamięć, uciekają, gdy dopadam do domu. Zagłuszone przez okrzyki moich dzieci, wyparte przez ich opowieści. Przez codzienność. Tylko w biegu mogę przemyśleć to, co wymaga przemyślenia. Tylko wtedy umiem wszystko sobie poukładać. Potem już nie ma na to czasu. Potem już nie jest to ważne. Bo czeka kolacja, lekcje do odrobienia, zabawki do posprzątania, ubranie do uprania i uprasowania. Czekają dzieci ze swoimi opowieściami. Czekają książki i nowa maszyna do szycia. Rozpoczęty dywanik w parze z szydełkiem i jakiś serial z mężem.
W licealnym pamiętniku, zafascynowana „Stowarzyszeniem umarłych poetów” zapisałam na pierwszej stronie moje motto - cytat z Thoreau:
„I zamieszkałem w lesie, ponieważ chciałem żyć świadomie, Chciałem czerpać ze źródeł życia całą jego istotę. Odrzucić wszystko, co nie było nim, bym w godzinie śmierci nie poczuł, że nie żyłem naprawdę”.
Ja-nastolatka z mnóstwem wolnego czasu, który niespiesznie przelatywał między moimi palcami. Z głową pewną młodzieńczych  idei marzyłam o tym, co stało się chcąc nie chcąc moja codziennością.
Skąd więc tyle we mnie rozczarowania i tęsknoty za tym, żeby się ponudzić. Żeby nic nie musieć, do południa nie wychodzić z łóżka, zmarnować pół dnia na Instagramie. Bez planu, bez przymusu. Z telefonem w ręku, tysiącem planów, które planami pozostaną i postanowień, które kiedyś może zrealizuję. Żyć życiem pustym, nic nie wartym, od piątku do piątku. Wszystko odkładać na później. Być obserwatorem raczej niż uczestnikiem. Chciałabym.
Choć wtedy na pewno marzyłabym o życiu pełnym życia. Ważnym. Takim, które tętni i pulsuje. W którym się daję i bierze. W którym się działa, a nie czeka. W którym nuda jest zła, bo bezwartościowa, bezowocna, nieistotna i pusta. Życiu, w którym z długich list systematycznie i konsekwentnie wykreśla się to, co zrealizowane, planując to, co pozostało. Bo w takim życiu marzenia przekuwa się na rzeczywistość. Nie ma miejsca na „innym razem” i na „to nie dla mnie”.  O takim życiu się potem opowiada wnukom. Tylko z takiego można prawdziwie być dumnym.
Teraz po cichu marzę o „slow life” choć z każdym dniem idea ta wydaje mi się tak utopijna i nieprawdziwa w życiu matki jak biblijny raj rodem z gazetek Świadków Jehowy.

środa, 27 maja 2015

Bilans matki

Moje macierzyństwo nie pachnie już ciepłym mlekiem i oliwką. Nie wydaje połowy pensji na nietuzinkowe ubranka i kreatywne zabawki. Nie dyskutuje na forach o ekologicznej marchewce i wyższości piersi nad butelką. Nie śledzi blogów innych mam. Nie biega za dziećmi z aparatem.
Moje macierzyństwo nieco się już przykurzyło, spowszedniało w codzienności złożonej z „zostaw ją”,  „nie przeszkadzaj mu” i przede wszystkim z „pospiesz się”. Codzienności wyznaczonej niezmiennym rytmem: przedszkole, szkoła, praca, zakupy, przedszkole, szkoła, odrabianie lekcji, kolacja. To rutyna, która nie dostrzega już plam na ubrankach, uznanych przez matkę za piękne, a przez dzieci co najwyżej za obojętne, bo sukienka w kolorowe kwiatki póki co wygrywa z czarną w szare wzorki. Jest jej wszystko jedno. Ulega, byle nie było kłótni, bo wtedy pójdzie szybko. To nie jest macierzyństwo szyte na miarę, idealnie dopasowane, w którym mi do twarzy. To ciągły freestyle z refleksją, czy ja się w ogóle na matkę nadaję.
Czego nie mam (a kiedyś miałam)
Nie mam możliwości spania  do dziewiątej w każdy weekend.
Nie mam odwagi, by zacząć wszystko od nowa, żyć po swojemu, chwytać  chwilę i nie myśleć o przyszłości.
Nie mam (już) obaw przed popełnianiem błędów.
Nie mam chwil samotności, nawet w toalecie.
Nie mam patentu na wychowanie, na nocy przespanie, na niejadka, na odpieluchowanie.
Nie pamiętam już co to spontaniczne spotkania ze znajomymi, za godzinę w knajpce przy Rynku.
Nie mam czasu.
Czasu na zmarnowanie, na nudę, na bierność, na śledzenie trendów, na czytanie blogów, na Facebooka, na Twittera, na Instagram, na zażarte dyskusje na przeróżnych forach, na kino, na teatr na koncerty tak często jak bym chciała.
Nie mam ubrań od projektantów.
Nie mam potrzeby posiadania.

Co mam (a kiedyś nie miałam)
Mam dwoje dzieci, które wywróciły moje życie do góry nogami. Nagle i bez ostrzeżenia.
Mam całkiem ładną kolekcję nieprzespanych nocy i trochę łez wypłakanych wspólnie, głównie z żalu, bólu lub bezsilności.
Mam zagwarantowaną codzienną walkę z czasem.
Mam silne ręce, wytrenowane od noszenia na raz zakupów i dwójki dzieci.
Mam górę prania i prasowania, która  nigdy nie maleje.
Mam bałagan – ubrania pozostawione w najdziwniejszych miejscach, porzucone zabawki, które nagle stały się niepotrzebne, bo zrodził się pomysł na nową zabawę.  Mam podłogę pełną okruszków od ciastek i ciastolinę wklejoną w dywan.
Mam tłuszczyk na brzuchu, którego chyba już dłużej nie mogę usprawiedliwiać ciążami.
Mam zbyt często zimną kawę.
Mam ciągłą potrzebę bycia idealną i jednocześnie pragnienie, by się zatrzymać.
Mam nabytą odporność na ludzki jad i dobre rady tych, co wiedzą lepiej.
Mam specjalizację z logistyki, pediatrii i pedagogiki.
Mam marzenia, które konsekwentnie przekuwam na plany.
Mam uśmiech, który dodaje innym otuchy.
Mam gotową odpowiedź na pytanie, dlaczego słońce jest  żółte i jak długo trzeba kopać, by zobaczyć jądro ziemi, a podczas podróży w sekundę przeliczam kilometry na odcinki świnki Peppy.
Mam łyżwy, by szaleć z dziećmi na lodowisku i rower, by z innej perspektywy wspólnie odkrywać miasto i by w niedzielę pojechać na piknik.
Mam Boże Narodzenie z pieczeniem pierniczków i choinką ozdobioną wspólnie sklejanymi łańcuchami.
Mam kieszenie pełne skarbów, a w torebce dziecięce rysunki na Post-it, żeby dzień był dobry.
Mam albumy pełne zdjęć.
Mam wieczory z zasypianiem przy „Pomelo” czy „Piaskowym wilku” i poranki z zaspanymi buziakami (albo wkładaniem palców do oczu).
Mam czas.
Czas na bieganie, na czytanie, na wspólne eksperymenty w kuchni, na spacery, wyjazdy, czasem nawet na pisanie bloga. Mam czas na robienie ozdób na szkolne  kiermasze, na szydełkowanie lalek i maskotek na prezenty dla dzieci i ich przyjaciół, na szycie strojów na bale karnawałowe i niezliczonej ilości sukienek dla córki.
Mam męża z  tysiącem pomysłów na aktywny weekend z dziećmi.
Mam poczucie, ze czas jest ważny i obawę, że nie zdążę zrealizować wszystkich planów.
Mam życie, które wypełniam treścią.

Czego bym chciała
Chciałabym Dzieci akceptowanych w przestrzeni publicznej, a nie zamykanych z rodzicami w gettach miejsc im przyjaznych.
Chciałabym zawsze mieć siłę, by zaproponować dzieciom zabawę zamiast smartfona.
Polubić place zabaw i zabawy na podłodze.
Chciałabym inspirować innych.
Bez skrępowania śmiać się w głos.
Znać granice.
Nauczyć dzieci odróżniania piękna od kiczu i prawdy od pozorów.
Chciałabym być tak dobrą mamą jak moja mama.


poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Łyżwy

Nie udało nam się tej zimy wyjechać na narty. Kupiliśmy jednak łyżwy - ja stanęłam po 25 latach ponownie na lodzie. Dzieci zaczęły naukę. Szkoda, że dopiero pod koniec stycznia.
Początki były trudne, ale dzięki wspaniałym instruktorom z IceRunners (szczególnie dzięki pani Sandrze), dzieci zakochały się w łyżwach, a na lodowisku byliśmy 2-3 razy w tygodniu. Szkoda, że w Poznaniu nie ma całorocznego lodowiska. Zamknęła się już nasza ulubiona Ligawa na Bułgarskiej. Do końca kwietnia można jeszcze jeździć na Chwiałce. A potem? Chyba pierwszy raz w życiu będziemy czekać na październik.

Do rodzinnej kroniki - trochę zdjęć i filmików.

Marianna pierwszy raz na lodowisku - 18.01.2015 
Pierwsze kroki były trudne


Ale już po dwóch tygodniach było tak:


A po miesiącu tak:



Antosiowi szło równie dobrze, choć pechowo nie załapał się na filmy. Nie bał się jeździć szybko, odważnie odrywał łyżwy od lodu (w przeciwieństwie do Mani), był jednak zbyt spięty, zbyt sztywny - ale to przyjdzie z czasem.


Bezpłatne środowe zajęcia z IceRunners - idealne dla tych, którzy już coś umieją.



Na początek - idealne będą zajęcia idealne - dzieci od razu pokochały panią Sandrę:










Potem dzieciaki dołączyły do zajęć grupowych:






Tymczasem, czekając na następny sezon biegamy, jeździmy na rowerach, a ostatnio kupiliśmy rolki.
Nową przygodę czas zacząć.

Mania - pierwszy raz na rolkach:



 
 








niedziela, 15 marca 2015

O bieganiu i nieco przespanej zimie

Wczoraj wystartowałam w drugim w  moim życiu biegu ulicznym - znów był to bieg na 10 km. Nie udało mi się pobić mojego rekordu z Ptolemeusza, mimo że trasa była bardziej płaska, biegła ulicami mojego Poznania, a doping był dużo bardziej gorący niż w Kaliszu (mimo dużo niższej temperatury). Źle się ustawiłam, a przez większość trasy było zbyt tłoczno, by wyprzedzać, w ogóle bardzo trudno było biec swoim tempem. Najgorzej było na odcinku ostatnich 2 km, gdzie było naprawdę wąsko, więc strategia oszczędzania sił na końcówkę nie miała szansy się powieść.
Natomiast Panu Mężowi udało się poprawić swój życiowy rekord - 10 km pokonał w 44 minuty i 21 sekund. Jak twierdził - stanął w swojej strefie z przodu, a biegli tam bardziej świadomi biegacze - nie było takiego ścisku, popychania, deptania po piętach czy dostawania z łokcia w żebro (dostałam dwa razy - niechcący oczywiście). Jeśli ktoś się zatrzymywał, to zbiegał na bok, a nie stawał nagle przed tobą.



 I choć atmosfera takiego biegu jest niepowtarzalna, a widok kolorowego tłumu podczas startu oraz fakt, że tego dnia ulice Twojego miasta należą do Ciebie niewątpliwie wzruszają, przekonuję się, że zawody nie są dla mnie. Nie lubię tego stresu, tych ciągłych pytań o życiówkę, tego że muszę być w określonym miejscu w określonym czasie. Tego, że ktoś mi mierzy czas. Że muszę się ścigać, choć tylko z sobą samą. Że muszę sobie coś udowodnić.
W bieganiu lubię luz. To, że mogę wyjść biegać, kiedy chcę i gdzie chcę. Że zakładam na uszy słuchawki i biegnę. To taka bardziej aktywna forma spaceru. Odstresowuje, trzyma w formie po 8 godzinach przy biurku. Uwielbiam samotność biegacza. Moje audiobooki, dzięki którym kilometry mijają nie wiadomo kiedy. I chyba tylko dlatego jeszcze biegam - to jedyna forma aktywności, którą udało mi się utrzymać dłużej niż pół roku - wszelkie zajęcia zorganizowane, grupowe, na które trzeba się gdzieś stawić i nie spóźnić nie mają u mnie szans. Nie ćwiczę podbiegów, nie robię interwałów, nie wychodzę na trening - idę po prostu pobiegać - w tempie, jaki mi dyktuje organizm, nie pulsometr (którego nie używam).


Zawody są mi niepotrzebne, choć na pewno są ważną miarą postępu i dla wielu - motywatorem.
Dlaczego więc czuję niedosyt? Dlaczego jestem zła, bo wynik mógłby być przynajmniej o 2 minuty lepszy? Skoro sama to wiem, dlaczego się tym przejmuję? Dlaczego pocieszenia szukam w fakcie, ile osób wyprzedziłam między 5 a 10 km. Przecież biegam dla siebie?!
Bo jak każdy niemal biegacz nie umiem biegać bez zawodów. Choćbym nie wiem jak mocno wmawiała sobie co innego. Nie umiałabym już stać z boku i tylko kibicować. Nie umiałabym patrzeć, jak inni już tygodnie przed biegiem zaczynają nim żyć, opowiadają o przygotowaniach.
Zawody są okropne. Powodują stres, wymagają sumienności, treningów, trudu. Dlatego ich nienawidzę.
Zawody są wspaniałe - zastrzyk endorfin po walce ze słabościami.
To zrozumie tylko ktoś, kto biega.



12 kwietnia 8. Poznański Półmaraton. Mój debiut. Będzie trudno, bo zima była nieco przespana. W październiku, gdy spokojnie pokonywałam dystanse 15-17 km, półmaraton w marcu wydawał się bardziej niż łatwy. Nie pomyślałam jednak o tym, że mam naturę niedźwiedzia i zasypiam na zimę. Trudno mi wykrzesać z siebie energię do pracy biurowej w ciągu dnia, a gdy robi się ciemno - śpię. Nie było więc biegania po 20 - bo zasypiałam razem z dziećmi. Ścieżek biegowych po ciemku też wybór niewielki. Zima poszła na straty. Mam miesiąc, by to nadrobić. Cel: przebiec półmaraton. Przebiec bez zatrzymywania i bez zgonu po. Umiejętne rozłożenie sił. Czas nie jest ważny - realnie myślę, że będzie to ok. 2 godzin 15-20 minut. Tak sobie tylko mówię. A i tak, jak każdy biegacz, będę co kilometr zerkać na zegarek. Znów stoczę bój. I znów nie będę wiedziała: po co?

Wiele się muszę jeszcze nauczyć.
Wiele razy muszę jeszcze wystartować, choć wcale nie chcę.
Tyle we mnie sprzeczności. Taka ze mnie biegaczka.
Z marzeniami o maratonie w Tokio na 40 urodziny i Rzeźnikiem z Panem Mężem za lat kilka.


poniedziałek, 23 lutego 2015

Dzieci widzą więcej

W niedzielę zupełnie niespodziewanie trafiłam z Marianką do domu pewnego starszego pana o imieniu Karol - nietuzinkowego Niemca rodem że Szwabii. Myślałam, że Marianna będzie się bała jego, tak jak zwykle dzieci boją się ludzi starszych, nieznanych. Dodatkowo Karol niedosłyszy, mówi więc bardzo głośno. Po niemiecku. Marianna jednak nie bała się go bardziej niż innych obcych osób. Chętnie poszła tajemny przejściem do jego ukrytego królestwa, by w szuflada jednej z komód znaleźć brokatową piłeczkę i kolorowe przypinki.
Gdy zapytałam zdziwiona, czy się nie bała, powiedziała że nie.
Gdy zdziwiona dopytywałam dlaczego, odpowiedziała, że przecież on nie był groźny tylko szczęśliwy, a szczęśliwych ludzi nie trzeba się bać.

niedziela, 15 lutego 2015

Babski weekend

Zaczęły się ferie i Pan Mąż wybrał się w podróż pociągiem przez Polskę, by dostarczyć naszego syna do jego dziadków na Mazurach.
Ja z Marianną zostałyśmy w Poznaniu, za nic mając atrakcję pokonania blisko 1.000 km w dwa dni.
Jak na prawdziwe kobiety przystało sobotę spędziłyśmy więc na zakupach, próbując znaleźć coś dla siebie z tego, co zostało na wyprzedażach. Nie wybrałyśmy nic, ale miałyśmy kupę zabawy w przymierzalniach, gdzie Mania z lubością mierzyła koszulki, które wybrałam dla siebie i z miną gwiazdy na czerwonym dywanie, paradowała po mikrej przymierzalni a także pomiędzy nimi. Nie kupiłyśmy nic, ale się naprzymierzałyśmy ubrań i butów, nawąchałyśmy perfum, by na koniec wypić najgorszą kawę i zjeść najgorsze lody w życiu.
Większość kobiet uznałaby taki dzień za zmarnowany. My bawiłyśmy się świetnie.

Dziś jednak dość miałyśmy sklepów. Postanowiłyśmy zostać w domu, ugotować obiad, a potem bawić figurkami - Marianka, jak większość dziewczynek w tym wieku, uwielbia bawić się w do scenraiuszy przeczytanych książek, najchętniej takich, które są bliskie jej doświadczeniom. Dlatego dziś cały dzień bawiłyśmy się w Martynkę, która zachorowała, bo bawiła się na śniegu bez czapki i szalika.
Tak dawno nie bawiłam się z Marianną. Tak dawno nie miałam szansy poświęcić jej tyle uwagi.

Gdy zabawa w dom trochę nam się znudziła, wybrałyśmy się na spacer. Korzystając z pięknej pogody i ciesząc dawno niewidzianym słońcem, spędziłyśmy blisko dwie godziny na placach zabaw.
Tak dawno nie robiłam córce zdjęć. Dlatego sięgnęłam dziś po aparat.

 Na placu - pierwszy raz po długiej przerwie




 Wariactwa w domu
 Zabijam moją gumą do żucia - gdy Cię dotknę jesteś nieżywa



Super weekend miałyśmy.

wtorek, 10 lutego 2015

Szkoła

Gdy ponad pół roku temu na szkoleniu z mentoringu każdy z uczestników rysował swoją linię życia z zaznaczonymi punktami zwrotnymi, pierwszym takim punktem była w moim przypadku szkoła. Szkoła to była dorosłość. Oderwanie się od mamy. Zderzenie z grupą (co w przypadku dziecka nieuczęszczjącego wcześniej do przedszkola było nie bez znaczenia, choć nie należy też tego przeceniać – w końcu codziennie zderzałam się z grupą dzieciaków różnej płci i wieku na podwórku. Codziennie toczyły się konflikty, i walka o pozycję i uznanie. Ale szkoła to było coś. Pamiętam tornister, wyczekany w stresie, bo gdy rzucali partię do papierniczego, nam się jakoś nie udało załapać, co przyprawiało mnie o łzy. Do dziś pamiętam szczęście tych chwil, gdy go wreszcie dostałam, gdy mogłam spakować swoje książki i piórnik i chodzić z nim po mieszkaniu (mama nie chciała się zgodzić, bym mogła go zabrać, gdy szliśmy na obiad do babci). Choć wcale nie był piękny, nawet nie był przeze mnie wybrany. Był taki, jaki był. Połowa podstawówki takie miała. Pamiętam rozpoczęcie roku na placu przed szkoła i oburzenie naszych mam, gdy okazało się, że nas, dzieci z jednego bloku porozdzielali po różnych klasach. I pamiętam, że mi to wcale nie przeszkadzało, choć nikogo nie znałam. Pamiętam, że chciałam siedzieć w pierwszej ławce, udało mi się zdobyć drugą, ale krótko cieszyłam się tym szczęściem, bo pani przesadziła mnie do ostatniej. Już wtedy przeszkadzał mi mój wzrost. Pamiętam moją drogę do szkoły – skrajem bagna, bo tak było najkrócej, choć rodzice kazali chodzić naokoło. I pamiętam, jak Andrzej wpadł raz do tego bagna i nie mógł wyjść. Pobiegłam po mamę, która pomogła go wyciągnąć. Ofiarą były buty. Pamiętam pieczołowicie zbierane pudełka., które musieliśmy przynieść do szkoły, by budować z nich dom dla lalek. Do dziś czuję zapach tych po mydełkach Fa, przesyłanych przez ciocię z Niemiec. I pamiętam, że z domku nic nie było, bo gdy na jednej lekcji szliśmy do parku, zbierać kasztany, zabrałam ze sobą siatkę z pudełkami, a potem zostawiłam między ławką a krzakiem. Gdy więc wróciliśmy na ostatnią lekcję – plastykę – dostałam uwagę za brak przygotowania do zajęć. Nie miałam pudełek, nie miałam co robić, nie chciałam się rozpłakać, połykałam więc łzy po cichutku. Po lekcjach odbierał mnie tata, bo był to dzień, gdy mama miała dobę w hotelu – szliśmy wtedy na obiad do babci. Ale gdy tata mnie zobaczył, zrozumiał, że przed obiadem musimy poszukać w parku tych pudełek. Nie znaleźliśmy ich. Nie miałam domku dla lalek, została mi tylko ta uwaga w dzienniczku, żal i wstyd. To chyba pierwsze uczucia, które obudziła we mnie szkoła – poczucie rozżalenia spowodowane niesprawiedliwością oraz poczucie wstydu wywołane ciągłą przyganą za jakiś brak. Choćbym nie wiem, jak się starała. A to brak tarczy, a to krzywy kołnierzyk, a to nieprawidłowa postawa, a to notoryczne ignorowanie mojej wyciągniętej w górę ręki, gdy wiedziałam i złośliwe jakby pytanie, gdy się nie zgłaszałam. Pamiętam pierwszą tróję. Już na drugiej stronie ćwiczeń z szarego, szorstkiego papieru, który przy pomyłce wymagającej ścierania gumką, dziurawił się. Nie ścierałam więc wszystkiego, gdy zorientowałam się, że pisałam nie w tych liniach co trzeba (do dziś mam awersję do zeszytów w 2 linie – dostaję przy nich oczopląsu). Zmazałam pierwszą linię, do dziur. W następnych porobiłam strzałki w górę – jako wyjaśnienie. Niewystarczające. Dostałam tróję i uwagę za tą dziurę, że nie szanuję ćwiczeń. A szanowałam. Wszystko było obłożone w sztzwną tapetę i pięknie podpisane. Nawet jeden róg nie był zagięty. Gdy teraz porównam ćwiczenia mojego syna, w które już dwukrotnie został wgnieciony banan… Moje początki szkoły nie były łatwe. Ale ja byłam twarda, uparłam się, że udowodnię wszystkim, kim naprawdę jestem. Mimo tych uwag w pierwszych dniach i tej trói na start. Minęło 30 lat, a szkoła tak niewiele się zmieniła. Klasy są mniejsze. W miejsce, gdzie kiedyś stał ostatni rząd ławek, dziś leży chodnik, szumnie obwieszczając światu, że szkoła jest gotowa na przyjęcie sześciolatków, bo ten skrawek tkaniny na podłodze jest pomostem łączącym ją z przedszkolem. W klasach 1-3 nie ma dzwonka, w czym upatruję źródło problemów ze zdyscyplinowaniem dzieci, które potrzebują 15 minut, by się rozebrać i zmienić buty oraz 30 minut, by zjeść kanapkę. Dzwonek narzucałby pewien rytm i pewną dyscyplinę, a dzieci przecież lubią, gdy świat jest poukładany, gdy rządzą nim jasne zasady. Brak jest ocen – rodzic nie jest więc informowany, jakie dziecko robi postępy czy trzeba z nim więcej ćwiczyć, z czym są problemu. Nie ma kartkówek, sprawdzianów – poza tymi na półrocze i koniec roku. Można więc przez kilka miesięcy tkwić w niezbyt błogiej nieświadomości, doznając potem niemiłego zaskoczenia. Poza tym takie same tablice, trzeszczący radiowęzeł i gazetki ścienne niemal identycznymi pracami plastycznymi. Tak, tu mały człowiek dopiero może się poczuć wtłoczony w swoją rolę – rolę ucznia, który ma być grzeczny, cichy i niedyskutujący. Tak jak kiedyś tak i dziś szkoła zdaje się mówić: dzieci i ryby głosu nie mają. Gdy dwa tygodnie temu wzięłam sobie wreszcie dzień wolnego za grudniowe nadgodziny i odebrałam Antka o 11.30, zamiast radości na jego buzi, zobaczyłam smutne oczy i drżące usta. Zanim doszliśmy do auta, mój syn rozszlochał się na dobre. Bo on nie chce już być w tej klasie… chlip, chlip… Bo ma głupich kolegów… chlip… Bo oni go zagadują, a tylko on dostał uwagę… I pani nie chciała nawet go wysłuchać… I nie mógł pani wytłumaczyć, że chłopaki grozili, że go nakopią, jak im nie odpowie, więc musiał odpowiedzieć… Zabrałam syna na lody z bitą śmietaną. Pogadaliśmy o szkole, paniach, dobrym zachowaniu i dobrym pijarze. O wszystkich regułach panujących w tym dziwnym świecie, gdzie bycie nauczycielem daje władzę absolutną. Widzę, jak bardzo mój syn podobny jest do mnie. Choć tornister ma wybrany co do modelu (matka) i koloru (syn). Choć nie okłada swoich książek i zupełnie ich nie szanuje – znak pokolenia, które wszystko ma. Choć do szkoły nie chodzi sam ani nie wraca z niej, z kluczem na szyi, mimo że po drodze nie musi przejść przez żadną ulicę. Choć jest w klasie z kolegami z przedszkola – jak wnioskowali rodzice. Choć nie dostał żadnej trói. Widzę, że boli go każda porażka. Że mu zależy. Że się przejmuje, bo pani mówi, że są najgorszą klasą w szkolę, zamiast chwalić, że opanowali już wszystkie literki, zapisując dwa zeszyty w linie – oni – sześciolatki, podczas gdy siedmiolatki z sąsiedniej klasy znają dopiero 12 liter, a zapisali 3 kartki. A on przecież tak się stara. Tylko ta pani nigdy go nie pyta, gdy się zgłasza, nigdy więc też nie chwali. Z czytania odpytuje tych, co nie umieją – uniesiona ręka mojego syna cierpnie więc i opada powoli, a wraz z nią entuzjazm. Dzieci mają silną potrzebę docenienia, pozytywnego wzmocnienia, by budzić motywację, dlaczego więc w dzienniczku nigdy nie ma pochwał? A może tak ma być? Może szkoła ma być twarda, bo życie jest twarde. Słabi odpadają. Naturalna selekcja. I może tak jest dobrze, bot o jednak stymuluje rozwój. Czasem zastanawiam się, czy byłabym tak wytrwała i ambitna gdyby nie te pierwsze miesiące podstawówki. Innym razem myślę, że ta ambicja jest chorobliwa i pcha mnie w otchłań perfekcjonizmu z jednej a cynizmu z drugiej.
Mam nadzieję, że mój syn poprzestanie na zdrowej ambicji. Póki co marzy jedynie, by po szkole zostać tramwajarzem. Najlepszym oczywiście.

 

(c)2009 moje.dwoje. Based in Wordpress by wpthemesfree Created by Templates for Blogger