sobota, 19 października 2013

Odkrywamy Poznań z czterema żywiołami - Szlakiem Ziemi

Jeszcze przed wyjazdem do Hiszpanii kupiłam przewodnik dla dzieci autorstwa Agnieszki Idziak "Cztery żywioły i dwa koziołki". Książka ta ma wg autorki pozwolić "spojrzeć na okolice Starego Rynku oczami prawdziwego odkrywcy (...) wystarczy wybrać jeden z żywiołów - WODĘ, OGIEŃ, POWIETRZE lub ZIEMIĘ - i udać się wyznaczonym przez nie szlakiem".
Fajnie, że wreszcie się pojawiają się na rynku takie pozycje, bo poza "Jadę tramwajem i Poznań poznaję" nie było żadnego przewodnika dla dzieci.
Ten jest o tyle ciekawszy, że można go kolorować i dorysowywać różne rzeczy. Chcecie wiedzieć więcej - zajrzyjcie tu.
A to na zachętę (poniższe 2 zdjęcia pochodzą ze strony wydawnictwa):



My w ubiegłą sobotę poszliśmy Szlakiem Ziemi.

Zaczęliśmy od obiecanej Dziecięciu wizyty w sklepie Berpo - Antoś nazbierał w skarbonce już ponad 80 zł i postanowił wydać je na Lego Star Wars. I tak się stało.
Potem było coś dla nas - kawa w BigFoot - jednej z ulubionych kawiarni Pana Męża - która właśnie świętowała pierwsze urodziny (jeśli ktoś tam jeszcze nie był i nie zna sympatycznych właścicieli, polecamy).
Miałam okazję po raz pierwszy zjeść Bread pudding - rodzaj deseru z chleba, suszonych owoców i korzennych przypraw (popularny w wielu krajach, w tym w USA, skąd pochodzi Eric - właściciel). Pycha.

 


Gdy dotarliśmy wreszcie w okolice Starego Rybki, wyciągnęliśmy przewodnik i ruszyliśmy szlakiem ziemi.


Zaczęliśmy od okolic Fary - nie udało nam się oczywiście wejść do podziemi (są udostępniane jedynie czasem), za to znaleźliśmy serce dzwonu starej fary - oparte o mur kościoła, niemal zapomniane.




Dzieci z zadowoleniem dosiadły koziołki, które wreszcie były na wyciągnięcie ręki, bo do tej pory kojarzyły się jedynie z ratuszem.


Przy Placu Kolegiackim szukaliśmy zaznaczonych w bruku śladów murów miejskich.
Podziwialiśmy kamienny portal starego pałacu Górków (obecnie Muzeum Archeologiczne), choć dzieci wolały chyba inne drzwi.


Przyglądaliśmy się dawnym kamienicom handlowym na ul. Wielkiej i ich podwórkom - nie wiedziałam, że ściany tych podwórek wykładano glazurowaną cegłą, by łatwo można było utrzymać czystość (spłukiwano je wodą).



Znaleźliśmy też ślady po Bramie Wielkiej.


A na słodkie zakończenie zajrzeliśmy do Słodkiej Cytrynki. Akurat trafiliśmy na pokaz wyrobu cukierków.


Nie mogliśmy oczywiście wyjść z pustymi rękami.


Zakończyliśmy w zasadzie na szlaku wodnym:




Nie wiem, ile dzieciaki zapamiętają z takich wypraw, ale to ciekawe urozmaicenie dla zwykłego spaceru. No i póki pogoda pozwala, fajnie jest gdzieś wyjść.




Moje spostrzeżenie jest smutne - czuję, jakby miasto wymierało. Gdzie się podział cały miejski handel? Małe sklepiki? Manufaktury? Pasaż Różowy (ten między Św. Marcinem a Taczaka), gdzie ubierałam się przez całe studia, świeci pustkami - otwarte są 3 tylko lokale. Mnóstwo wolnych lokali na ul. Wielkiej, tu zostały już tylko kebaby, zapiekanki i żabka. Czy naprawdę nie ma potrzeby na
sklepiki? Przeraziło mnie to, bo po raz pierwszy zobaczyłam tak wyraźnie, czego pozbawiają nas wielkie centra handlowe ze swoimi sieciówkami. A w przyszłym tygodniu otwiera się wielka galeria handlowa przy dworcu. Tylko czy ktoś jeszcze tego potrzebuje? Sądząc po tłumach, jakie towarzyszą każdemu otwarciu i po ilości ludzi, jakie się tam przewijają każdego dnia - zdecydowanie tak.
I tylko miasto wydaje się smutne, bo niemal wymarłe. A gdy będzie zimno, ludzi w mieście będzie jeszcze mniej. Szkoda.

Dziś znów idziemy - tym razem Szlakiem Ognia.

1 komentarze:

niekorporacyjna pisze...

Mania - prześliczna dziewczynka, a Antek jaki już duuuuży... świetne masz dzieciaki, napatrzeć się nie można:-)
kurczę, kiedy będę mieć więcej czasu i weny na mniej powierzchowne komentarze, no kiedy?

Prześlij komentarz

 

(c)2009 moje.dwoje. Based in Wordpress by wpthemesfree Created by Templates for Blogger